kubiaczkova blog

    Twój nowy blog

    Nie chce mi się pisać notki, ale dla zachowania tradycji coś tam wstukac wypada. Grudzień. Święta. Wyjebane. Za 2 miesiące Polska. Tyle zmian. I tyle.

    Siedzę i myślę, że jest zimno, a przynajmniej zimniej niż się spodziewałam, bo tylko 10′C. Po chwili jednak dociera do mnie, że w zasadzie mamy środek grudnia, święta za pasem. Zerkam na ekran mojego iPhona i odruchowo sprawdzam pogodę w Warszawie. Zero stopni. Nie jest w sumie tak źle.

    Siedzę i ogarnia mnie to znudzenie, ten stan kiedy nie wiem za co się zabrać, bo wolnego czasu mam więcej niż rzeczy do zrobienia. Popijam lodowate martini. Nie miałam na nie ochoty, ale to w końcu też jakieś zajęcie. Lubię sobie wmawiać, że nie marnuję czasu i COŚ robię. Ta nuda sprowadziła mnie tutaj. Po raz pierwszy od roku. To już chyba jakaś tradycja, że mniej więcej raz na rok przypominam sobie o tym blogu na końcu internetów. O tym miejscu, które za każdym razem pokazuje mi jak bardzo się zestarzałam. Ja i wszyscy inni. Starość uderzyła we mnie tak bardzo wczoraj, podczas urodzinowego przyjęcia, na które chcąc nie chcąc musiałam pojechać. Kiedyś urodziny kojarzyły mi się z alkoholem, dobrą muzyką, masą znajomych, świetną zabawą i kacem dnia następnego, którego koniecznie należało zapić i tak w kółko przez kilka dni. Wczorajsze urodziny to był ten typ przyjęcia, na którym nigdy widzieć się nie chciałam. Otoczona przez armię wrzeszczących kilkulatek, biegających wkoło w sukienkach a’la ‚jestem księżniczka Elsa i brokat sypie się ze mnie przy każdym ruchu ręką’. Obok stał różowy dmuchany zamek, który zadziwił mnie swoją wytrzymałością, a na stole podziwiać można było przepiękny tort przyozdobiony jednorożcami. Zresztą.. jednorożce były wszędzie. Taki motyw przewodni. Do tego masa ciastek, kanapek, przekąsek i ani kropli alkoholu. W końcu kto idzie się napić na imprezę z okacji PIERWSZYCH urodzin. Idę o zakład, że solenizantka niewiele zapamięta. Ale żeby nie było, że tylko narzekam to powiem, że nawet mi się podobało. Zaczynam zauważać, że życie dorosłej bywa o wiele nudniejsze, niż te, które opisywałam tutaj, aczkolwiek ma też wiele swoich plusów.

    Cóż, większość poszła do przodu. 95% ludzi z mojego liceum bądź studiów jest już po ślubie. Połowa ma już dzieci. Prawie wszyscy pracują. A Ci, którym wciąż udaje się tkwić w tym słodkim świecie imprez i zabawy mają pierdolone szczęście. Jednak pomimo to nie wróciłabym do tych pięknych czasów alkoholu i szaleństwa. Cieszę się z tego co udało mi się osiągnąć i nie mogę się doczekać tego, co przyjdzie. Przeprowadzka, awans, rodzina. Nie sądziłam, że ‚ustatkowanie się’ może być tak satysfakcjonujące i dać mi tyle szcześcia. No ale to jest chyba znak, że dorosłam.

     

    Moje szczęście spełniło jedno z mych małych marzeń. Kilka razy bąknęłam, że marzy mi się malutka, żywa choinka. Taka w doniczce. Żeby ją ładnie ubrać, żeby pachniała i żeby zrobić ten klimat. Zapamiętała i spędziła 3 godziny żeby znaleźć idealną małą i żywą choinkę. Starość sprawiła, że prawie się popłakałam.  Jakie to żałosne. Co do klimatu. Pamiętam, że zawsze byłam ostatnią osobą jeśli chodziło o celebrowanie świąt i tego całego świątecznego zapierdolu. Rok temu spędziłam święta z jej rodziną. Przy kominku. Z masą prezentów. Czuć było miłość. Wszyscy siedzieli razem, grali w gry planszowe. Wtedy zrozumiałam, że to są święta. Nie ten wyjazd do babci żeby nawpierdalać się bigosu, nabrać pierogów do domu, przeliczyć kasę na alkohol i polecieć na ‚libacyjną wigilię’ zostawiając wszystkich i tak zresztą zajętych telefonami, albo oglądaniem TV. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że uwielbiam święta i świąteczny klimat.

    Jest tylko jedna rzecz której podczas świąt nie lubię. Zapierdol w pracy. Ale to już jest norma i jakoś da się przeżyć.

    I tak siedzę i sączę to martini dalej czytając stare notki. Czasami wydaje mi się, że jestem samotna, bo nie otacza mnie już zgraja alkoholików, a wstając z łóżka nie wywracam się o stos butelek. A to po prostu ciężko jest przyzwyczaić się co nieustającego szczęścia.

     

    Nie planowałam tutaj nic pisać. A już na pewno nie takich wyrzygów. Pora się ogarnąć, bo dzisiaj idę na steka. Mrr.

     

    1.

    Brak komentarzy

    I tak to leci mi 5 miesiąc na emigracji. Emigracji, którą chciałam opisywać niczym założyciele tych wszystkich blogów podróżniczych. Tutaj plusy, tutaj minusy. Różnice między Polską, a Anglią. Ale jaki to ma cholera sens, kiedy w sumie każdy zdaje sobie sprawę, jak to wszystko wygląda? A jeśli ktoś nie wie.. wystarczy wyobrazić sobie sytuację: wsiadasz do metra i należysz do 10% białych ludzi. 

    Nigdy nie myślałam, że zostanę rasistką. Ale jak zwykle – myliłam się. Denerwuje mnie ich skrzywiony akcent. Zresztą, o jakim akcencie w ogóle mowa! O ile 80% murzynów (ojej przepraszam, mulatych i ciemnych), urodziło się tutaj i mówią w nabytym jako takim brytyjskim akcencie, o tyle 99,9% CIAPATYCH (nie mam zamiaru przepraszać za to słowo, zacznijmy w końcu odróżniać angielski, od angielskiego ciapackiego), nie potrafi poprawnie wymówić liczby porządkowej TRZY. Spotkałam się z masą wariacji.. FRI, TRI. I tak jest z większością angielskich wyrazów. Idziesz do sklepu i masz problem dogadać się po angielsku, w angielskum kraju. Paranoja. Sepleni Ci to czekoladowe coś pod nosem. Jeszcze dobrze, jak trafisz na młodego ciapaka. Taki się jakoś dogada. Ale ze starym? NICHUJA. Dlatego już wiem, które sklepy omijać, bo tam siedzą stare ciapaki.
    Ale żeby nie było, że wkurwia mnie jedynie ich „bangla bangla” na każdym kroku. Wkurwiają mnie benefity w tym kraju. Socjalka w Polsce też była „zajebista”, ale tutaj to pojęcie ludzki przechodzi. Idzie taka jedna wielka CHUSTA ulicą (w sensie tylko oczy jej widać), a wokół niej, niczym po niewidzialnych orbitach, biegają dzieciaki. Nie dwójka, nie czwórka. Minimalnie sześcioro małych bangla bangla. Może ja mieszkam w jakiejś spaczonej dzielnicy. Ale w centrum widuję to samo! No kurwa. Płacę tu podatki do chuja, miejcie litość.
    O mojej pracy pisać nie będę, bo na nią nie narzekam, jest mi dobrze, ludzie są zajebiści (Polak ze Słowakiem i Czechem dogada się zawsze), więc chuj z tym. 
    Mieszkam w domu idealnym. Typowy Polski Dom, wielkimi literami pisany. Imprezy, imieniny, urodziny, dzień kota czy zdechłego śledzia.. zawsze obchodzimy równie kreatywnie. 
    I na tym aktualnie skończę, bo za 5 min będzie 6 rano. Ja mam offa i wypadałoby się wyspać.
    A że jest jeszcze masa rzeczy do opisania, to.. kiedyś tam.
    Zbieram się do napisania notki, ale zebrać coś nie mogę.

    Od dłuższego czasu planuję zrobić sobie cykl „Kubiaczka w Londynie”, ale.. nie chce mi się.


    Za tydzień mam 3 dni wolnego, odwiedzę Alicję na jej wiosce w północnej Anglii i będę pisać.

    Także żegnam.


    Amy.

    1 komentarz

    Tak się zbieram do napisania tej skromnej notki już tyle czasu, że chyba w końcu wypadałoby się wysilić. No to do rzeczy..

    Amy, niektórym znana jako Marta P. Dziewczę lat prawie 20. Przez całe swoje życie zmaga się z problemami natury sercowej i za cholerę nie potrafi uczyć się na błędach. Z utęsknieniem wypatruje kolejnych książąt z bajki na białym rumaku, a jak przychodzi co do czego, okazuje się, że bajeczny był jedynie RUMAK, o czym nigdy nie zapomina mi opowiedzieć ze wszystkimi szczegółami. Ma tendencję do zakochiwania się w gejach i żonatych, podstarzałych nauczycielach etyki. W międzyczasie przeżywa krótsze bądź dłuższe epizody opierające się na sex-znajomościach, przy czym z jej strony szybko przeradzają się one w miłość, a następnie obsesję. Niestety jej obiekty westchnień widzą w niej jedynie partnerkę na samotne wieczory, co na początku zupełnie jej nie przeszkadza. Jednak gdy już przeszkadzać zacznie, i ta piękna niewiasta przejrzy na oczy – kończy się to jak zwykle, czyli płaczem, użalaniem się i litrami pochłanianego alkoholu w zaciszu swojego pokoju.

    Ma słabość do osobników z wschodnimi korzeniami. Wystarczy, że jesteś rosjaninem bądź ukraińcem, a do tego masz ten okropny ruski akcent – Amy będzie twoja. I chociaż w głębi duszy będzie wiedziała, że robi źle, to i tak na każde twoje skinienie pojawi się w twym łożu rozkoszy, a następnego dnia cała w skowronkach będzie delektować się waszą miłością. I pod żadnym pozorem nie wolno ci być kiepskim w łóżku, bo pomyśli, że ją zdradziłeś i dlatego nie masz siły pokazać jej na co naprawdę cię stać. Gdy przestaniesz się do niej odzywać będzie cierpiała. Ale nie martw się – po miesiącu zapomni o tym, że istniejesz, bo twoją rolę przejmie już inna „miłość jej życia”.

    Jak już wcześniej wspomniałam możesz też być podstarzałym nauczycielem o aparycji menela pospolitego. Ona będzie za tobą wzdychać, rysować twoje portrety, a każde przelotne spojrzenie uzna za wyznanie miłosne godne najlepszych romansideł. Zapamięta każdy żałosny szczegół twoich wypowiedzi, a zapach twoich perfum będzie doprowadzał ją do szału, o czym nie omieszka rozpisać mi się na 10 linijek. I nie ważne, że będziesz żonaty z dzieckiem w drodze! Ona i tak będzie snuła plany dotyczące waszej wspólnej przyszłości, włącznie z ustawieniem mebli w waszej sypialni. Bo przecież ty tylko czekasz, aż ona skończy szkołę i będzie gotowa rozpocząć z tobą dojrzałe życie pełne miłości i dzikiego seksu na kuchennej szafce. I nigdy nie waż się zmieniać stylu ubierania, bo pomyśli, że to dla niej się tak stroisz.

    Czasami, gdy życie skopie już Amy tyłek dostatecznie, gdy żaden sex-pocieszyciel nie będzie się do niej odzywał i zapraszał na „kawę i ciastka”.. wtedy następuje apogeum. Amy dostrzega wtedy kolejnego potencjalnego kandydata na męża, zupełnie odmiennego niż wyżej przedastawione wzorce. Młodszy, brzydki, zupełnie niedojrzały emocjonalnie kolega z klasy może w jej oczach przerodzić się w modela światowych wybiegów. Jeśli będziesz nim ty – uważaj. Nie kop jej krzesła, w żadnym wypadku na nią nie patrz i najlepiej w ogóle z nią nie rozmawiaj. Każdy twój najmniejszy ruch może zostać odczytany jako słodka nieumiejętność poderwania jej. Rzucisz jakimś kretyńskim kawałem z podtekstem erotycznym? Przepadłeś. Dla niej będzie to oznaczało, że jesteś gotowy rzucić się jej w ramiona, ale nie wiesz tylko jak to powiedzieć, bądź onieśmiela cię jej naturalny wdzięk. Zaczepka na facebooku? To tak jakbyś powiedział jej „tęsknię za tobą każdą komórką mojego nędznego, niegodnego ciebie ciała”. Jeśli przypadkiem gdzieś wyświetli jej się twój profil uzna to za znak od losu, że jesteście sobie przeznaczeni.

    I nic, naprawdę NIC nie przeszkodzi jej we wzdychaniu za tymi wszystkimi kolesiami w tej samej chwili. A to, za którym będzie tęsknić w danej chwili zależy głównie od tego, którego widziała na oczy ostatnio.

    Celowo pominęłam jej burzliwy związek z niepewnym gejem, gdyż to by tylko przelało czarę goryczy, a przecież nie kopie się leżącego. Ona sama pogrąża się już dostatecznie :)

    Czemu wchodzę tu dopiero wtedy, gdy ktoś zaczyna dopominać się o nową notkę? Chociaż nie. Ostatni raz byłam tu w czerwcu. Napisałam wtedy pół notki, ale w trakcie mi się odechciało i stwierdziłam, że pierdolę. A teraz to tyle się pozmieniało, że musiałabym tu chyba z godzinny elaborat napisać. Cóż.. może da się to jakoś streścić. Do rzeczy..

    Jak tylko wyleczyłam nerki (w maju!) to poleciałam na party. Do Wegnera. No bo w końcu był maj, grile, ogniska, znajomi. Było miło, spotkania po latach, nocne wypady nad zalew, na korzeń, z Olcią, bez Olci, na piwo, na cytrynówkę, najebać się. Jak co roku w okresie niby już wakacyjnym. Proste. I podczas jednego z takich spotkań wyszło na jaw, że „święta trójca” w postaci Artura, Wegnera i Chaciaka zakupiła sobie bilety do LONDONU na wakacyjną podróż w poszukiwaniu pracy. Ambicje niektórym skoczyły i chcieli na zmywak. Tak się o tym nasłuchałam (a jestem dość podatna na tego typu wyprawy), że z miejsca postanowiłam, że nie ma chuja i lecę z nimi. Bo jak to tak? Zostanę tutaj i będę sama sączyć VIPa przed monitorem? (okej, wiem, że to lubię, ale czasami warto coś w życiu zmienić) Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odechciało mi się studiowania, a oczyma wyobraźni już widziałam siebie w samolocie. Normalka. NO ALE! Takie wycieczki kosztują, a ja w portfelu miałam kilkanaście złotych odliczonych na fajki. Co tu zrobić? KREDYT WZIĄĆ! Pomijając historię z owym kredytem związane, to oczywiście mi go nie dali. Bo niby jak skoro nie pracuję. Tak oto moje marzenia o LONDONIE legły w gruzach, ale niedługo później pojawiły się nowe – łatwiejsze do zrealizowania. I tak oto zostałam WARSZAWIANKĄ. Napisałam w czasie przeszłym, bo obecnie już nią nie jestem. Tzn jestem, ale taką pół-WARSZAWIANKĄ. Taką tylko trochę.

    Gdy było pewne, że do żadnego UK nie polecę, jakoś do głowy przyszedł mi pomysł żeby znaleźć pracę. Nie wiem skąd ten ajdija się wziął.. Praca? Ja? Hyhy, dobre. No ale jakoś się wykluł. A ja jak coś postanowię to muszę JUŻ TERAZ NATYCHMIAST GOGOGOGO! W dniu swoich zacnych, 22 urodzin wyruszyłam w podróż mojego życia. Trwała ona całe 1,5h. Zdobyłam ziemię obiecaną. Z teczką CV i plecakiem na plecach (plus oczywiście laptop, nie?) wylądowałam w mieszkaniu Chaciaka i Biedrony. Biedrona był jeszcze wtedy w Zurychu, a moja znajomość z nim polegała na jednym spotkaniu podczas którego byłam kompletnie pijana i nie pamiętałam nawet jak on wygląda. Ale spoko. Po kilku dniach Chaciak poleciał na URLOP. Tatuś zafundował mu 1,5 tyg na Kanarach. Po tym czasie Chaciak miał wrócić, a następnie udać się do LONDONA. W trakcie tego burdelu znalazłam pracę. PIERWSZA POWAŻNA PRACA IN MAJ LAJF. Biedrona wrócił, żyliśmy jak stare małżeństwo. Wspólne kolacje po pracy, wspólne śniadania, podział obowiązków podczas sprzątania, prania, gotowania itd. Później nawet wspólnie poszukiwaliśmy większego mieszkania, ale ja, jako osoba nastawiona na dobra materialne i luksusy w postaci szerokopasmowego internetu (za który nie muszę płacić) oraz bez przymusu chodzenia na zakupy (obiadki mamusi/babci na stole) przekalkulowałam sobie szybko IŻ pierdolę bycie warszawianką i wracam na wioche, a do pracy dojeżdżać będę superszybkimi Kolejami Mazowieckimi.

    W międzyczasie okazało się, że Chaciak nigdzie nie wraca. Znalazł pracę w Irlandii. Artur i Wegner zrezygnowali z podbicia UK i wbrew wcześniejszym zapowiedziom zdążyli do tej pory odwiedzić już Pasym i zorganizować grilla conajmniej 15 razy.

    A ja, kobieta pracująca, wstaję od 2 tygodni o 5:30 rano żeby dotelepać się na 9 do pracy. Aktualnie żyję myślą zbliżającej się wypłaty i zastanawiam się co sobie za to kupię. Pociesza mnie też to, że jeszcze tylko jutro i 4 dni wolnego, które spędzę kompletnie nic nie robiąc w doborowym towarzystwie W. i kilku(nastu) litrów piwa. Chociaż co do piwa pewna nie jestem, bo moje możliwości znacznie spadły z racji braku czasu na treningi. Ciężkie jest życie dorosłego człowieka.

    A notka to w ogóle miała być o Amy i jej problemach miłosnych. Strasznie się o nią dopominała. Ale niestety jestem sporo do tyłu w najnowszych niusach, dlatego najpierw nadrobię zaległości, a następnie poświęcę jej swój cenny czas i coś napiszę.

    BTW dlaczego do JASNEJ CHOLERY w Warszawie tylko jedno jedyne kino gra Pottera w wersji 2D?! I to jeszcze na jakiejś zadupiastej SADYBIE? Pojebało ich. Doprawdy.

    HmHmHm. Przytłoczona nudą weszłam sobie na bloga z myślą „napiszę notkę, a co!”. Już chcę stawiać pierwszą literkę i pozwolić mym myślom spłynąć na tę elektroniczną kartkę, gdy nagle postanawiam sprawdzić ile to miliardów lat świetlnych temu pojawiła się notka poprzednia. Patrzę i co widzę? Znowu kurwa po pijaku napisałam notkę i zupełnie o tym zapomniałam. Bo przecież gdybym pamiętała, to bym tu nie weszła.

    Moje życie aktualnie jest tak TRYWIALNE (ulubione słowo Wegnera), że aż mnie smutek ogarnia, gdy spoglądam przez okno i wyobrażam sobie ile to ciekawych rzeczy mogłabym teraz robić. A NIE ROBIĘ, BO MNIE NERY NAPIERDALAJĄ! Nabawiłam się zapalenia nerek i nie wiem jak i po co. Nawet skierowanie do szpitala dostałam, ale jak zwykle mnie nie chcieli i jadę na antybiotykach. A co za tym idzie…..NIE MOGĘ PIĆ. I tak mnie wieczorami boli, że nawet nie mam ochoty pić. A wracając do tych wszystkich ciekawych rzeczy, które mogłabym robić gdyby nie nery. Hmm.. w sumie to nie wiem czy bym mogła. No bo niby co? Chyba musiałabym się do stolicy wybrać żeby jakoś aktywniej czas spędzić (bezalkoholowo!).

    Ramonka jednak zorientowała się, że ściągałam, bo wygłosiła ponoć na dzisiejszej poprawie mowę w stylu „proszę nie ściągać, wystaczy, że Paulinie się udało zaliczyć z pomocą słownika w telefonie”. Oczywiście Sylwia starała się bronić mego honoru twierdząc, że się nauczyłam i że kujonisko jestem, ale niestety cała sala razem z Ramonką ryknęła śmiechem. Cóż.. za rękę mnie nie złapała, ale coś czuję, że następnym razem powie, że telefony mam oddawać w depozyt.

    Sezon na kurwy Elwira otworzyła już jakiś czas temu, a ja wczoraj oficjalnie otworzyłam sezon na kosiarki. Po dzisiejszym dniu mogę również ogłosić otwarcie sezonu na drące mordy bachory. Może chociaż tym razem coś sobie zrobią napieprzając się tymi badylami.

    Następną notkę (jak najdzie mnie wena) poświęcę chyba Amy i jej problemom miłosnym, bo to jest całkiem dobry materiał. Tylko chyba muszę zacząć sporządzać notatki z naszych codziennych seansów telefonicznych i fejsbókowych, bo się zaczynam powoli gubić.

    A teraz idę chyba coś obejrzeć, bo przeszłam już Wolfenstein’a i wytłukłam wszystkich nazistów (nie ważne, że na kodach! fajnie było!). Szkoda, że Ulka pożyczyła (po cholerę w ogóle?!) ode mnie CODa 2, bo mam wenę na strzelanki. Trudno.

    Alicja kupiła ŻULI! :D

    I nera znowu zaczyna mnie boleć..

    No nie ma to jak pisać z prawie 3 miesięcznym poślizgiem. Uielbiam to. Niczym MC i KFC. JP. Miałam notkę napisać już chyba 500razy, ale trochę nie wychodziło. Nie te okoliczności, nie ten kac i tak dalej. W sumie aktualnie też piję. Bo co ja bym mogła robić prócz tego? Chyba tylko jeździć na rowerze, bo ciepło. Omg.

    Dzisiaj przyszły wyniki kolosa z leksyki. JP zaliczyłam. Kocham mój słownik w telefonie. I kocham Ramonkę, że się nie domyśliła. że te wszystkie definicje to raczej nie z mojej głowy. Jak ja je wpisywałam na kartkę, to sama nie wiedziałam o co kaman. Ja nie wiem już po co ja na te studia poszłam, skoro moim życiowym zajęciem powinno być kanarowanie, bo to kocham.

    Teraz cały miesiąc na zwolnieniu jestem, wsiadam do autobusu i myślę „kto tym razem nie ma biletu?” :/  A jak widzę jelenia, co0 na 100% nie ma, to nawet nie mogę mu po ryju dać. No kurwa mać.

    Za mną grille i ogniska. BYło fajnie. Zapierdalałam jak komandos po drewno, a jak już się ściemniło, to Wika wpadła do lasu i mnie wystraszyła. Never again!

    Później i wcześniej były ogniska Wegnerowe, kiełbaski, śpiewy, tańce i zlot pracowników MC. Śmiesznie.
    A następnie wyjazd na ognisko&grill Kisielany Wiocha. Genialnie. Nigdy wcześniej mi tak karkówka nie smakowała.

    A poza tym wyjazdy do Wawy na Kabaty, które miały być towarzyskim spotkaniem, a skończyły się pijaństwem u Chaciaka gdzieś tam. Fajnie fajnie.

    My bez alkoholu nie żyjemy.

    Pozdrawiam Radę Nadzorczą i wszelkie pracujące przy niej Oddziały. Również te Amerykańsie!

    Dobranoc!

    Pochorowałam się. Wszystko przez W. Z tym, że ona przyjechała z lekkim przeziębieniem w postaci kataru. A ja już mam gorączkę.
    Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach – w nocy męczy mnie kaszel. Nie mogłam spać do 3, a później przysnęłam snem lekkim. I nagle, o 3:30 budzi mnie trzask. Zerwałam się z łóżka w poszukiwaniu winowajcy, którym wydawał się być kot. Ale nie, kot śpi. Szybkie spojrzenie na biurko… CHLEB. Wkurwiłam się, otworzyłam okno i machnęłam nim energicznie. Jak chce trzeszczeć – proszę bardzo. Ale kurwa nie u mnie w pokoju. 
    Wegner ponownie nie chciał uwierzyć w ciekawe umiejętności werbalne chleba z biedronki. W końcu w internecie znalazłam notkę jakiejś laski, która pisała o tym samym. Uwierzył i kazał „nastawić” chleb na jutro na 13:30, bo on chce seans :D
    No ale cóż. Jak tylko rano lepiej się poczuję, zamierzam wybrać się na uczelnię i podzielić się z ludźmi moją wspaniałą chorobą. Może znajdzie sobie lepszego nosiciela, bo ja to mało towarzyska jestem i generalnie niech spierdala.

    Jutro dzień kobiet. Aż chce się rzec: kupcie mi kwiatka! xD LOL.

    Miałam dziś iść na uczelnię i do pracy. Rano stwierdziłam jednak, że kompletnie nie mam siły (choroba) i lepiej wygrzać się w łóżku. Po godzinie zadzwonił szef, czyli sprint do biura. To sobie poleżałam.

    Miałam coś jeszcze napisać, ale chce mi się wrócić pod kołdrę. A właściwie moje dwie kołdry. Tak więc może w następnej notce napiszę o fenomenie filmu „Facet pełen uroku” oraz o historiach, z którymi się wiąże – z Tygrysem w roli głównej.

    A tymczasem – idę przytulić gorączkę <3

    Zacznijmy od tego, że w moim domu dzieją się rzeczy nadprzyrodzone. Siedzę sobie ostatnio kulturalnie z Olcią22, pijemy grzecznie piwko, konwersujemy na górnolotne tematy, aż tu nagle nasz błogi spokój zaczyna przerywać dziwne trzeszczenie. Ignorujemy to przez dłuższy czas, ale trzeszczenie zaczyna robić się coraz bardziej irytujące. Rozglądamy się obie w poszukiwaniu winowajcy. Kot śpi, Alicja śpi, głośniki wyłączone, okno zamknięte.. dochodzenie pełną gębą. Aż tu nagle nasz wzrok przykuwa niewinnie wyglądająca kromka suchego chleba, która była pozostałością Elwirowego śniadania. I ta oto kromka leży i TRZESZCZY. Napisałam do Elwiry opisując sytuację. Najpierw zapytała co brałam, a następnie ile wypiłam. W końcu udało mi się namówić ją na oględziny owego okazu nadprzyrodzonych mocy. Przyszła i pierdolnęła śmiechem. KROMKA TRZESZCZAŁA! Zbadała ją dokładnie i wszystkie trzy przez kolejne 30min leżałyśmy ze śmiechu rozmawiając z trzeszczącą kromką suchego chleba. Takie rzeczy tylko na Sokołowskiej..

    Wczoraj byłam w STOLYCY. Było fajnie. Pominę fakt, że jak pociąg miałam o 6:15, to wstałam na niego 5:43. Nie wiem jakim cudem w 10min umyłam włosy, wysuszyłam je, ubrałam się, spakowałam i wyszłam, a po kolejnych 10min byłam już na dworcu, ale jestem z siebie dumna. Turbo w dupie i jedziemy. Poszłam w końcu do kina na „Och Karol 2″ i mi się cholernie podobało. Pozazdrościć Karolkowi :D

    A dzisiaj jak się w końcu wyspałam (powiedzmy) i udało mi się nastawić pozytywnie na zajęcia. Ubrałam się pięknie, wyszłam z domu pełna optymizmu. Stanęłam na przystanku, słuchawki w uszach, wdycham powietrze wiosną pachnące, aż tu nagle JEEEEEEB!!!! Zajechała ta pierdolona, stara 17, wpierdoliła się w wielkie bagno tymi swoimi brudnymi kołami i ochlapała mnie od góry do dołu. Błotkiem. Żeby to jeszcze woda była. Ale niieeeeee! To było błotko. Weszłam do autobusu, opierdoliłam kierowcę, sprawdziłam bileciki i dawaj do domu żeby się przebrać. Nosz kurwa mać. Człowiek się zmobilizuje, a to nie jest łatwe, a tu ci jakiś kretyn zepsuje cały plan. Mam tylko nadzieję, że uda mi się dziś na mieście znaleźć w końcu jakiś niedrogi dysk przenośny, bo inaczej się wkurwię.

    Ciocia Elwirka poszła do Skarbówki. Przyjdzie pewnie z nową garścią nowości ze świata i omówimy je sobie wieczorkiem przy ESENCJI.

    A jutro przyjeżdża W. i pewnie będzie party na Formińskiego. <3

    Uhuhu i do przodu.

    EDIT:

    Jak wspomniałam wyżej Elwirka poszła dziś do Skarbówki po PIT-37. Po
    powrocie oczywiście musiała wpaść do mnie (nie na esencję! JESZCZE!) i
    pochwalić się niusami. Do Skarbówki poszła, aby odliczyć sobie internet
    od podatku. Więc poszła i było to tak:

    **
    Zachodzę sobie do Urzędu Skarbowego i słuchaj co było, jakie jaja! Stoi pani no i mówię pani, że chciałabym PIT żeby wpisać ZUS i odliczyć to, że pracowałam i odliczyć internet, nie? No to pani mi wytłumaczyła jaki to jest pit i mówi do mnie „ale wie pani, że można odliczyć internet stacjonarny?”. Myślę sobie co jest kurwa? Bezprzewodowego to nie? No, okej. No to pytam „a co, bezprzewodowego nie można?” A ona mówi: „ale pani chce odliczyć taki stacjonarny? nie taki w telefonie?”. No to ja mówie „nie no, do laptopa”. A ona „ale nie taki z którym da się chodzić po mieście?”. No jak nie kurwa, a bezprzewodowego to nie można wziąć? No ale ja mogę zapierdać ze swoim, nie? Wezmę laptopa i mogę!
    **

    Powyższy fragment był prawie dosłownym cytatem Elwirki, ponieważ kilku śmiesznych fragmentów zabrakło :D

    Kupiłam sobie różowy dysk. Właśnie zgrywam na niego filmy, a jutrzejsze zajęcia serdecznie pierdolę ;*


    • RSS